Connect with us

PL

Spiżarnia, której się wstydziła

Published

on

Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt siedem lat i mieszkam w Radomiu, w domu z ogródkiem, który zostawił mi mąż razem z tą spiżarnią pod schodami. Zbigniew mawiał, że jest za duża jak na dwoje ludzi. Odszedł cztery lata temu, a ja dalej robię przetwory, tylko już nie w takich ilościach.

We wrześniu kupuję pomidory, kiedy są tanie na targu przy ulicy Żeromskiego, a siostra przywozi mi śliwki z działki pod Iłżą. Robię przecier, kilka słoików powideł, czasem leczo. Nie robię tego, bo się boję, że sklepy znikną. Po prostu lubię ten zapach w kuchni, kiedy się gotuje przez trzy godziny i cały dom pachnie latem.

Syn Marcin mieszka w Warszawie z żoną Kariną i córką Zosią, ma dziewięć lat. Przyjechali do mnie w sobotę, na obiad. Karina poszła po wodę do spiżarni, bo szklanki stały akurat tam, na dolnej półce. Zobaczyła te rzędy słoików i zaczęła się śmiać.

— Halino, to wygląda jak spiżarnia mojej babci. Ja bym nigdy nie zmarnowała całej soboty na coś takiego. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, można kupić.

Nie powiedziała tego złośliwie, przynajmniej tak sobie tłumaczyłam. Ale w głosie było coś, co bolało bardziej niż zwykła krytyka — taka lekka pobłażliwość, jakby mówiła do dziecka, które bawi się w coś, z czego dorośli już wyrośli. Odpowiedziałam tylko, że nikt mnie nie zmusza, i zmieniłam temat. Zapytałam, czy zabiorą trochę ciasta na drogę.

Przy wyjściu podałam im dwa słoiki przecieru, bo Marcin zawsze go lubił do makaronu. Karina machnęła ręką, że nie trzeba, że oni kupują ten w szklanym słoiku z targów ekologicznych, bardzo dobry, drogi, ale dobry. Odłożyłam słoiki z powrotem na półkę. Od tamtego dnia przestałam im proponować przetwory. Nie było we mnie żalu — po prostu skoro nie chcą, to po co się narzucać.

Minęło kilka miesięcy. W listopadzie w firmie Kariny jedna z księgowych poszła na zwolnienie i Karina zaczęła zostawać do siódmej, czasem do ósmej. Marcin też wracał później, bo mieli remont na budowie, którą nadzorował. Zaczęły się problemy z kolacjami — Zosia jadła byle co, mrożone pierogi z Biedronki albo zupki w proszku, bo nikt nie miał siły gotować.

W środę zadzwonił Marcin i zapytał, jak robię to leczo z sierpnia. Powiedziałam, że nic trudnego, ale zdziwiłam się, że pyta. Wtedy się przyznał — kilka tygodni wcześniej po kryjomu zabrał z domu ostatni słoik przecieru, ten sam, który wcisnęłam mu rok temu, kiedy odmawiali. Karina zrobiła z niego sos do makaronu, a Zosia powiedziała, że jest dużo lepszy niż ten ze sklepu. Uśmiechnęłam się do telefonu, ale nic nie skomentowałam.

Dwa tygodnie później przyjechali całą trójką na obiad. Karina weszła do kuchni z reklamówką, w której brzęczały puste słoiki. Postawiła je na stole i zapytała, czy zostało mi jeszcze trochę przecieru.

— A myślałam, że takie rzeczy są z innej epoki — powiedziałam z uśmiechem, nalewając herbatę.

Zrobiła się czerwona jak burak. Marcin parsknął śmiechem, a po chwili ona też się roześmiała, choć trochę wymuszenie. Potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam: poprosiła, żebym latem nauczyła ją robić przecier. Nie chciała stać przy garnku dwa dni i napełniać czterdziestu słoików — ale odkryła, że kilka gotowych obiadów w piwnicy ratuje jej wieczory w tygodniu. A poza tym Zosia w przedszkolu chwaliła się, że babcia robi „najlepszy sos na świecie".

W sierpniu przyjechała w sobotę rano, w starych dresach i z kartonem nowych słoików kupionych w markecie budowlanym. Na początku co chwilę zerkała na telefon. Potem zaczęła pytać, dlaczego cebulę wrzucam wcześniej, ile czasu trzymam pomidory na ogniu, po czym poznaję, że sos jest gotowy. Zrobiłyśmy mniej, niż zrobiłabym sama, i obie byłyśmy wykończone. Kuchnia pachniała jak za czasów Zbigniewa, tylko radio grało co innego.

Przy zmywaniu garnków Karina powiedziała cicho:

— Teraz rozumiem, czemu cię wtedy dotknęło to, co powiedziałam.

Odpowiedziałam, że to nie to, że nie chciała robić przetworów, mnie zabolało. Każde pokolenie urządza dom po swojemu. Zabolało mnie to, że nazwała stratą czasu coś, co dla mnie miało wartość — coś, co robiłam kiedyś razem ze Zbigniewem, kiedy jeszcze żył. Karina zamilkła na chwilę, wycierając ręce w fartuch, a potem przyznała, że często myli słowo „staromodne" ze słowem „bezużyteczne".

Dziś dalej kupuje prawie wszystko w Biedronce czy Lidlu. Nie zamieniła się w miłośniczkę przetworów i wcale tego od niej nie oczekuję. Ale każdego sierpnia rezerwujemy sobotni poranek na wspólne gotowanie. Ona przywozi słoiki, ja pomidory z targu. Zosia nakleja karteczki na wieczkach, żeby się nie pomyliły — raz napisała krzywym pismem „SOS BABCI, NIE RUSZAĆ TATA".

A kiedy Karina zabiera kartony do Warszawy, obie wspominamy tamtą pierwszą wizytę w mojej spiżarni i to, jak bardzo się śmiała.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

11 − десять =

Також цікаво:

UA24 хвилини ago

Зять на чужому городі: як я «здав в оренду» татову дачу під Житомиром

Мене звати Тарас, мені сорок два, і я досі не знаю, як пояснити те літо своїй дружині так, щоб вона...

PL25 хвилин ago

Zwinięty list w misce z owocami przy ulicy Świętokrzyskiej

Kasia, siedemnastoletnia, znalazła to pod płytami winylowymi, w szafie ojca, w mieszkaniu przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Stare pudełko po...

EN25 хвилин ago

The Envelope in the Drawer

**The Envelope in the Drawer** I've worked at the post office on Elm Street in Rochester for twelve years. It's...

PL35 хвилин ago

Warsztat po teściu, dwieście tysięcy i klucz, który oddałem inaczej

Nazywam się Dawid, mam trzydzieści cztery lata i przez sześć lat prowadziłem warsztat samochodowy przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy razem...

EN1 годину ago

I need to write this as fiction from the second participant’s perspective (the “other person” — meaning the aggressor’s viewpoint, per the “OTHER PERSON” instruction), fully localized to the US, avoiding clichéd phrases, with a proper ending featuring a concrete action.

The Laundry Tub at Fenwick Creek I'm the one they warned new arrivals about. Diane, forty-one, and by the time...

UA1 годину ago

Валіза до Дубая, яку я не встигла закрити

Термінал «Д» бориспільського аеропорту о шостій ранку пахнув кавою з automату і мокрою тканиною — надворі лив дощ, і люди...

PL2 години ago

Warsztat po teściu, który zabrał zięć Marcina

Nazywam się Marcin Duda, mam trzydzieści sześć lat i przez ostatnie osiem byłem mężem Kasi Woźniak z Bydgoszczy. Piszę "byłem",...

PL2 години ago

Czterysta osiemdziesiąt złotych na koncie i klucz do warsztatu w kieszeni

Marek Winiarski policzył pieniądze trzy razy, jakby od trzeciego liczenia miało przybyć. Czterysta osiemdziesiąt złotych. Tyle zostało na koncie firmowym...

ВСІ ПРАВА НА МАТЕРІАЛИ РОЗМІЩЕНІ НА САЙТІ ІЗ ПОСИЛАННЯМ НА ЗОВНІШНІ ДЖЕРЕЛА НАЛЕЖАТЬ ЇХНІМ АВТОРАМ.