Connect with us

PL

Chłopiec z Podola, który kupił Polsce szpital

Published

on

Nazywał się Kazimierz Sowiński, ale w dokumentach imigracyjnych zapisano go jako Casimir Sowinski, i to imię nosił już do końca. Urodził się w listopadzie 1938 roku we wsi pod Tarnopolem, tam gdzie dziś jest Ukraina, a wtedy była Polska, granica przesuwała się szybciej niż ludzie zdążali się przyzwyczaić do jednego adresu. Miał trzy lata, kiedy front przeszedł przez ich obejście po raz drugi. Matka zapamiętała go tak: chłopiec siedzi na wozie między workiem mąki a klatką z kurą, nie płacze, tylko trzyma się deski obiema rękami, jakby wiedział, że jak puści — spadnie.

Rodzina szła na zachód trzy lata. Obóz dla przesiedleńców pod Norymbergą, potem drugi w Austrii, zupa z brukwi, buty robione z opon, nauka czytania na urwanych stronach niemieckiej gazety, bo innej nie było. W 1949 roku dostali papiery do Kanady — Halifax, potem pociąg do Winnipegu, gdzie ojciec dostał pracę przy torach kolejowych. Kazimierz miał wtedy jedenaście lat i ani słowa angielskiego.

To, co było dalej, brzmi jak amerykański film, tylko że kanadyjski. Stypendium na politechnikę, praca u lokalnego dostawcy sprzętu biurowego, a w wieku dwudziestu ośmiu lat — własna firma zajmująca się leasingiem komputerów dla małych przedsiębiorstw, w czasach kiedy komputer był czymś wielkości lodówki. Firma urosła, potem druga, energetyczna, budowała elektrownie wiatrowe tam, gdzie inni jeszcze liczyli, że to się nie opłaci. W 2019 roku magazyn branżowy szacował jego majątek na osiemset dwadzieścia milionów dolarów kanadyjskich.

O tym wszystkim opowiadał mi Ryszard Bem, mój sąsiad z klatki na Mokotowie, emerytowany radiolog, który przez dwanaście lat pracował na kontrakcie w Toronto i tam, w gabinecie ordynatora, wisiało zdjęcie: starszy mężczyzna w szarym garniturze przecina wstęgę przed wejściem do nowego skrzydła szpitala uniwersyteckiego. — Sowiński dał na to skrzydło sto dziewięćdziesiąt milionów — powiedział mi Ryszard, mieszając herbatę łyżeczką, która głośno stukała o brzeg kubka. — Największy taki gest w historii tamtego uniwersytetu. Ale to nie dlatego go pamiętam.

Zapamiętał go, bo raz, w 2015 roku, Sowiński przyjechał do Polski. Nie na konferencję, nie na spotkanie z ministrem. Przyjechał do Tarnopola i Krakowa — sfinansował remont archiwum przy jednym z uniwersytetów, gdzie trzymano dokumenty osób przesiedlonych po wojnie, ludzi takich jak on, bez nazwisk w podręcznikach. Ryszard był wtedy na tym otwarciu jako gość szpitala partnerskiego. — Stał z boku, nie chciał zdjęcia z rektorem na pierwszym planie. Zapytałem go po angielsku, dlaczego to robi. Powiedział: bo ktoś kiedyś zapisał moje nazwisko na kartce, żebym istniał gdziekolwiek na papierze. Teraz ja zapisuję innych.

Fundacja, którą prowadził razem z żoną Ireną, przez czterdzieści lat rozdała, według różnych szacunków, ponad sześćset milionów dolarów — na medycynę, badania nad Wielkim Głodem lat trzydziestych, stypendia dla studentów z Europy Wschodniej, program pojednania między społecznościami polską, ukraińską i żydowską, który finansował wspólne badania historyków nad trudnymi kartami dwudziestego wieku, zamiast kolejnej wojny na pomniki. Gdy w lutym 2022 roku Rosja zaatakowała Ukrainę, fundacja Sowińskiego w ciągu miesiąca przekazała dziesięć milionów dolarów na pomoc humanitarną i programy edukacyjne dla dzieci uchodźców, część trafiła też do ośrodków w Przemyślu i Rzeszowie, gdzie w marcu tamtego roku na dworcu spało po kilkaset osób dziennie na kartonach.

Zmarł w kwietniu 2024 roku, miał osiemdziesiąt pięć lat. Ryszard dowiedział się z nekrologu w gazecie uniwersyteckiej, którą jeszcze prenumerował mimo emerytury. Zadzwonił do mnie tego wieczoru, powiedział tylko: — Wiesz, on nigdy nie zmienił nazwiska rodziny w papierach fundacji. Firma nazywała się inaczej, ale fundacja charytatywna do końca nosiła nazwisko Sowiński. Musiał to zrobić specjalnie.

Nie wiem, czy to prawda, nie sprawdzałem aktów notarialnych. Ale zapamiętałem, jak Ryszard odstawił kubek i przez chwilę patrzył w okno, na parking, gdzie akurat ktoś nie mógł się zmieścić między dwoma autami. — Wiesz co jest najdziwniejsze — dodał. — On nigdy nie mówił, że to jego zasługa. Mówił: to zwrot. Ktoś mi kiedyś dał zupę z brukwi, ja daję szpital. Rachunek się jeszcze nie zamknął, ale idzie w dobrą stronę.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

19 + вісімнадцять =

Також цікаво:

HE1 годину ago

המזל”ט של בן אדר

ים התיכון היה אפור בשקיעה כשרונית כהן יצאה מהמונית ליד מלון דיוויד אינטרקונטיננטל בתל אביב, והבטיחה לעצמה שהערב הזה יחתום...

CZ4 години ago

Dva roky do penze – a zlatý retrívr, co nejde od hrobu

Jana Veselá stála v kuchyni jejich řadovky v Ostravě-Porubě a krájela papriku na večeři, když Zdeněk přišel s novinou, která...

CZ4 години ago

Pán Dvořák a křídy, které rozdělily dům

Svítání na Žarošické bylo šedé a vlhké, a první věc, kterou jsem to ráno ucítil, nebyla vůně kávy, ale podrážka...

CZ4 години ago

Orel u modré misky mi vrátil bratra, kterého jsem myslel, že jsem ztratil

Jmenuju se Radek, je mi sedmnáct a ještě loni v červenci jsem skoro nemluvil s nikým kromě mámy. Tohle je...

CZ4 години ago

Zvonek, který si Hanka pořídila sama

Je mi 74 a žiju sama v třípokojovém bytě v Olomouci, čtvrté patro, balkon na Riegrovu ulici. Můj muž Miloslav...

CZ4 години ago

Zeť platí za pokoj, který obýval zadarmo

Jsem Radek, mám třicet osm a bydlím v Pardubicích, kde vedu malou autoservisní dílnu po otci. S Petrou, mou ženou,...

CZ5 години ago

Sunset Ridge, čtyřicet let a medový koláč po babičce Rozálii

Jedenáct let si moje tchyně našla způsob, jak mě srazit na kolena při každých svátcích, narozeninách i nedělní večeři –...

HE14 години ago

מאה שמונים אלף שקל על חוזה שלא שווה את החותמת שלו

היא גלית שגיא, ארבעים ואחת, מנהלת כספים בחברת סטארט-אפ ברחוב רוטשילד בתל אביב. הוא רועי אשכנזי, הבעלים השותף של חדר...