Connect with us

PL

Rachunek za źrebię, które nie było źrebięciem

Published

on

Nazywam się Barbara Wilk, mam sześćdziesiąt jeden lat i od trzynastu prowadzę przychodnię weterynaryjną przy ulicy Kwiatowej w Kętrzynie. Tego wieczoru miałam akurat kończyć dyżur — za dwadzieścia minut zamykałam gabinet, bo w telewizji leciał mecz i mąż czekał z kolacją.

Zadzwonił Tadeusz Górecki, kierowca z lokalnej firmy transportowej. Znałam go z widzenia, bo raz w miesiącu przywoził do nas psy ze schroniska w Reszlu. Mówił szybko, głosem człowieka, który dopiero co coś zobaczył i jeszcze nie wie, co z tym zrobić.

— Pani doktor, tu przy trasie na Korsze leży… no nie wiem, co to jest. Małe. Chyba pasiaste.

Pojechałam sama, terenówką, bo asystentka już wyszła. Padał drobny, uporczywy deszcz, taki wrześniowy, który nie robi kałuż, tylko wsiąka w ubranie. Na poboczu, przy rowie pełnym pokrzyw, leżało zwierzę wielkości dużego psa, mokre, drżące, z sierścią w biało-brązowe pasy, które przy bliższym spojrzeniu okazały się farbą.

Ktoś je pomalował. Niedbale, pędzlem albo wałkiem, tak żeby z daleka wyglądało jak młoda zebra.

Poznałam po budowie pyska i kopyt, że to źrebię osła, może osiem tygodni. Chuda klacz zdradzała, że matki przy nim od dawna nie było. Obok, w błocie, walała się kartka z drukarki, rozmyta od wody, z napisem odręcznym: "Egzotyczna atrakcja — sprzedam, 3500 zł, dzwonić po 18". Numeru już nie dało się odczytać, ale w rogu, tam gdzie deszcz oszczędził papier, została litera "R" i kawałek pieczątki — ślad po jakiejś firmie albo gospodarstwie.

Załadowałam je do auta na starym kocu z bagażnika. Ważyło może czterdzieści kilogramów, ale kopało jak dorosłe. Tadeusz pomógł mi je przytrzymać i powiedział coś, czego nie zapomnę:

— Ono się boi bardziej niż boli.

Miał rację. W lecznicy, kiedy zmywałam farbę ciepłą wodą z płynem do naczyń, osiołek stał nieruchomo, jakby czekał na kolejny cios. Skóra pod pasami była podrażniona, miejscami otarta do żywego — ktoś malował je co najmniej dwa razy, żeby wzór się nie zmył na deszczu.

Zgłosiłam sprawę do straży miejskiej. Funkcjonariusz, który przyjechał zrobić notatkę, sfotografował kartkę i tę literę "R" w rogu, ale powiedział wprost, że bez pełnego numeru telefonu i bez świadka to za mało, żeby kogoś odnaleźć. Zostawiłam mu tylko swój numer, na wypadek gdyby coś się jeszcze wyjaśniło.

Osiołek został u mnie w przychodni na noc, potem na tydzień, bo w schronisku w Reszlu nie było miejsca dla kopytnych. Czwartego dnia, kiedy akurat karmiłam go z ręki, zadzwonił telefon na recepcji — mężczyzna, nieprzedstawiający się, zapytał, "czy to u pani jest to zwierzę, co było na ogłoszeniu, bo on je odkupi, zapłaci więcej, niż kosztowało leczenie". Recepcjonistka, Kasia, trzymała słuchawkę tak, że słyszałam każde słowo, i spytała, skąd ma ten numer. Mężczyzna się rozłączył. Nie zadzwonił drugi raz, ale przez następne dwa dni zamykałam boks na dodatkową kłódkę, a Tadeusz, kiedy przyjeżdżał po psy ze schroniska, zerkał na parking, jakby sprawdzał, czy ktoś tam nie stoi zbyt długo.

Trzeciego — nie, już piątego dnia zadzwoniła Ewa Lisiecka, kobieta, która prowadzi gospodarstwo agroturystyczne pod Barcianami — dwadzieścia hektarów, konie, kozy, stary sad. Usłyszała o sprawie od koleżanki z grupy na Facebooku "Zwierzaki Warmii i Mazur". Przyjechała tego samego popołudnia, w gumowcach i z termosem herbaty, i przez dłuższą chwilę po prostu siedziała w boksie, nic nie mówiąc, dając zwierzęciu obwąchać swoją dłoń.

— Nie mam serca zostawić go w klatce w mieście — powiedziała. — U mnie jest stado kóz, będzie miał towarzystwo.

Podpisała formularz przejęcia, zapłaciła rachunek za leczenie — sześćset dwadzieścia złotych, głównie za maść na otarcia i badania krwi — i zabrała osiołka przyczepą do koni, którą pożyczyła od sąsiada. Zanim odjechała, zapytałam, czy nie obawia się, że ten telefoniczny "kupiec" może szukać dalej i trafić do niej.

— Niech szuka — odpowiedziała, zapinając klapę przyczepy. — U mnie jest pies, który budzi całą wieś, i sąsiad z jednostką wojskową na emeryturze. Niech przyjedzie.

Nazwała go Pasiak. Z przekory, bo pasy już dawno zmyte, a imię zostało.

Widziałam go potem raz, dwa miesiące później, kiedy Ewa przywiozła do przychodni jedną ze swoich kóz na szczepienie. Zapytałam o niego.

— Chodzi za mną po podwórku jak pies — odpowiedziała, wsiadając już do auta. — Śpi w tej samej zagrodzie co koza Malwina.

Zawahała się, jedną ręką trzymając już klamkę, drugą podając mi jeszcze przez okno kopię karty szczepień.

— A wie pani, co robi, jak stawiam na dwoje wiadro z farbą do malowania płota? Obchodzi je szerokim łukiem, tak jakby dobrze pamiętał, i dopiero z drugiej strony podwórka znowu podchodzi do mnie truchtem.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

дванадцять + 13 =

Також цікаво:

DE1 годину ago

Halsband, der Park am Rhein und der Anruf um ein Uhr nachts

**Halsband, der Park am Rhein und der Anruf um ein Uhr nachts** Natalie war neunundzwanzig, und in ihrem ganzen Leben...

PL2 години ago

Zakochana Mila i dog z Żoliborza

Odebrałam Milę z hotelu dla psów przy ulicy Felińskiego dopiero po siódmej, bo w pracy wywalił się serwer i trzy...

PL2 години ago

Kamila z mapą na skórze

W Łodzi, na Bałutach, przy ulicy Zgierskiej, jest salon fryzjerski, do którego chodzi głównie starsze osiedle i rodziny z okolicznych...

CZ2 години ago

Zápěstí, co nikdy nedalo pokoj

Chodidla, co nikdy nedala pokoj Jsem Josef Nývlt, mám pětaosmdesát a víc než půl století jsem dělal totéž, co dnes...

PL2 години ago

Kobieta, która czekała przy kasie w Świdnicy

„Otwórz oczy, Marcin… twoje serce nie kocha kobiety, tylko ładnie ubrane kłamstwo." Nazywam się Marcin Zawadzki, mam trzydzieści osiem lat...

CZ3 години ago

Dílna po otci Martina Novotného

Martin Novotný má čtyřicet dva let a autodílnu na Žižkově, kterou zdědil po otci spolu s dluhem u dodavatele náhradních...

CZ3 години ago

Tajemství za koupelnovými dveřmi na Vinohradech

Poprvé jsem si to všimla, když naše sedmiletá Anička přestala navazovat oční kontakt, kdykoli se s Petrem vrátili z večerní...

CZ4 години ago

Vánoční večeře, kterou má dcera nechtěla vařit

Jmenuji se Jarmila a je mi sedmdesát jedna let. Žiju v Olomouci, v témže cihlovém domku na Hodolanech, kde jsem...