Connect with us

PL

Pan Zenek z klatki siedem

Published

on

Klatka numer siedem

Pracuję w hospicjum przy ulicy Kopernika w Bydgoszczy jako pielęgniarka od jedenastu lat, więc niejedno już widziałam, ale pana Zenka z klatki numer siedem zapamiętam chyba najdłużej.

Trafił do nas w marcu, prosto z oddziału kardiologii. Osiemdziesiąt trzy lata, emerytowany kierownik zakładu produkcji mebli pod Solcem Kujawskim — tak przynajmniej stało w papierach, które przywiozła córka. Sam mi to powtarzał chyba z dziesięć razy pierwszego dnia: że miał pod sobą sto dwudziestu ludzi, że fabryka robiła krzesła na eksport aż do Niemiec, że jego podpis widniał na fakturach. Mówił to nie do mnie właściwie, tylko gdzieś obok, jakby przekonywał kogoś w kącie sali.

Za oknem akurat kwitły forsycje na trawniku, żółte tak, że aż raziło po oczach po całej zimie, a w radiu na dyżurce leciał serwis o podwyżce cen prądu. Pamiętam, bo pielęgniarka z nocnej zmiany, Beata, kręciła głową i mówiła, że za taki rachunek to by pół pensji oddała.

Do pana Zenka przychodziła córka, Alicja, może raz na dziesięć dni. Pracowała w banku w centrum miasta, miała dwoje małych dzieci i męża po operacji kolana, więc rozumiałam, skąd te przerwy. Przynosiła mu zawsze te same herbatniki w niebieskim pudełku i siadała na krawędzi łóżka, trzymając telefon w ręku, bo z pracy dzwonili nawet w niedzielę.

— Tata, ja bym chętnie częściej, tylko naprawdę nie mam jak — powiedziała kiedyś, a on tylko machnął ręką i odwrócił się do telewizora, gdzie leciał akurat teleturniej.

Nie odpowiedział jej wprost. Zamiast tego zapytał mnie, czy mogłabym mu poprawić poduszkę, chociaż leżała idealnie.

Któregoś wieczoru, już po dwudziestej pierwszej, kiedy większość sali spała, zastałam go z otwartymi oczami, wpatrzonego w sufit. Miałam kończyć zmianę za dwadzieścia minut i marzyłam już tylko o autobusie numer osiemdziesiąt, ale usiadłam na chwilę na taborecie, bo coś w tej ciszy nie dawało mi po prostu wyjść.

— Wie pani, ile lat ja tam przepracowałem? — zapytał. — Trzydzieści dziewięć. A teraz na bramie fabryki wisi tabliczka z nazwiskiem chłopaka, który ma trzydzieści lat i pewnie nie wie nawet, gdzie stała moja maszyna do klejenia.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc powiedziałam prawdę:

— To musi boleć.

— Boli mniej niż to, że wnuki dzwonią do mnie w urodziny na FaceTime, bo tak jest szybciej.

Podałam mu wtedy szklankę wody z rurką, bo od operacji trudno mu było unieść głowę wysoko, i zauważyłam, że na stoliku obok leży różaniec, który dostał chyba od siostry, bo miał drewniane paciorki, stare, wygładzone. Nigdy wcześniej go nie widziałam w jego rękach, a tamtego wieczoru trzymał go, przesuwając paciorek za paciorkiem, jakby liczył coś, co nie miało nic wspólnego z modlitwą — po prostu potrzebował, żeby palce robiły cokolwiek.

Zapytałam, czy chce, żebym zawołała kapelana, bo w środy przychodził na oddział. Skinął, tylko raz, i odwrócił wzrok w stronę okna, za którym nie było nic prócz odbicia lampy z korytarza.

W kolejnych tygodniach coraz mniej mówił o fabryce. Za to pytał mnie, czy mam dzieci, czy dzwonię do mamy, czy pamiętam, jak pachniała zupa u babci. Zwyczajne rzeczy. Kiedyś przyniosłam mu z domu słoik konfitury z wiśni, bo wspomniał, że jego żona, nieżyjąca już od ośmiu lat, robiła najlepszą konfiturę w całej okolicy. Zjadł łyżeczkę i odłożył słoiczek na parapet, ale codziennie przez tydzień prosił, żebym go stawiała bliżej łóżka, jakby to był jakiś dowód, że ktoś jednak pamięta.

Alicja przyszła znowu w kwietniu, tym razem sama, bez telefonu w ręku — zostawiła go w torebce, co zauważyłam, bo zwykle leżał na kołdrze. Usiadła bliżej niż zwykle i powiedziała coś, czego nie dosłyszałam do końca, bo akurat robiłam obchód przy sąsiednim łóżku, ale zdanie „tata, ja wiem, że mnie potrzebujesz częściej" złapałam wyraźnie.

On nic nie odpowiedział. Wziął tylko jej dłoń i przyłożył sobie do policzka na chwilę, po czym puścił.

Zmarł dziewiątego maja, nad ranem, spokojnie, we śnie, tak jak to się czasem u nas zdarza po długiej chorobie — bez dramatu, bez walki, po prostu przestał oddychać między jedną moją rundą kontrolną a drugą. Różaniec leżał wtedy pod jego dłonią, a słoik po konfiturze, już pusty, stał na parafialnej szafce razem z okularami.

Na pogrzebie, na cmentarzu przy ulicy Grunwaldzkiej, było niewielu ludzi — córka z mężem, dwie wnuczki w czarnych kurtkach, sąsiadka z dawnego bloku i jeden emerytowany kolega z fabryki, który przyznał mi się przy grobie, że nie pamiętał już dokładnie, na czym polegała praca pana Zenka, tylko że „był porządny".

Nie wiem, czy pan Zenek zdążył się z czymkolwiek pogodzić, zanim odszedł. Wiem tylko, że tamtego wieczoru z różańcem w rękach nie modlił się słowami — po prostu przesuwał paciorki, jeden po drugim, dopóki nie zasnął, a ja zgasiłam mu lampkę przy łóżku i zamknęłam drzwi na klatce numer siedem.

Click to comment

Leave a Reply

Ваша e-mail адреса не оприлюднюватиметься. Обов’язкові поля позначені *

три × чотири =

Також цікаво:

DE6 хвилин ago

Halsband, der Park am Rhein und der Anruf um ein Uhr nachts

**Halsband, der Park am Rhein und der Anruf um ein Uhr nachts** Natalie war neunundzwanzig, und in ihrem ganzen Leben...

PL39 хвилин ago

Zakochana Mila i dog z Żoliborza

Odebrałam Milę z hotelu dla psów przy ulicy Felińskiego dopiero po siódmej, bo w pracy wywalił się serwer i trzy...

PL56 хвилин ago

Kamila z mapą na skórze

W Łodzi, na Bałutach, przy ulicy Zgierskiej, jest salon fryzjerski, do którego chodzi głównie starsze osiedle i rodziny z okolicznych...

CZ56 хвилин ago

Zápěstí, co nikdy nedalo pokoj

Chodidla, co nikdy nedala pokoj Jsem Josef Nývlt, mám pětaosmdesát a víc než půl století jsem dělal totéž, co dnes...

PL1 годину ago

Kobieta, która czekała przy kasie w Świdnicy

„Otwórz oczy, Marcin… twoje serce nie kocha kobiety, tylko ładnie ubrane kłamstwo." Nazywam się Marcin Zawadzki, mam trzydzieści osiem lat...

CZ2 години ago

Dílna po otci Martina Novotného

Martin Novotný má čtyřicet dva let a autodílnu na Žižkově, kterou zdědil po otci spolu s dluhem u dodavatele náhradních...

CZ2 години ago

Tajemství za koupelnovými dveřmi na Vinohradech

Poprvé jsem si to všimla, když naše sedmiletá Anička přestala navazovat oční kontakt, kdykoli se s Petrem vrátili z večerní...

CZ2 години ago

Vánoční večeře, kterou má dcera nechtěla vařit

Jmenuji se Jarmila a je mi sedmdesát jedna let. Žiju v Olomouci, v témže cihlovém domku na Hodolanech, kde jsem...